Historia Flower Market

Andrzej Dąbrowski Publikacje 1 Comment

Lokalizacja Flower Marketu we wschodnim Londynie.

Jest takie miejsce w Londynie warte polecenia miłośnikom kwiatów a w szczególności tym pracującym w branży florystycznej. Uliczka Columbia Road w północno wschodniej części Londynu, w dzielnicy East End, na co dzień spokojna, przy której znajduje się kilkadziesiąt sklepików, a w zasadzie małych galerii sztuki. W okolicy jest też kilka cukierni, małych kawiarni i pubów, gdzie na chwilę można odpocząć od londyńskiego zgiełku.

Sklepiki i kawiarnie na Columbia Road współcześnie. Źródło: archiwum autora.

Columbia Road, powstała jako droga, wzdłuż której pędzono owce do rzeźni w Smithfield. Podobnie jak większość gruntów w East London została zbudowana na potrzeby rozwijającego się Londynu, które wynikały z rozwoju imperium brytyjskiego w epoce wiktoriańskiej. Na przestrzeni wieków Columbia Road miała kilka nazw, a obecna nazwa została nadana na cześć dziedziczki i filantropki Angela Burdett Coutts, która między innymi zbudowała Columbia Market (obecnie rozebrany). Ciąg wiktoriańskich sklepów, które zachowały się do dziś, został zbudowany w 1860 roku do obsługi ludności pobliskiego osiedla Jesus Hospital. Oprócz zapewnienia wszystkich niezbędnych środków do życia, w wielu sklepach rozwijało się rzemiosło tapicerskie jako uzupełnienie do rozwijających się w okolicy warsztatów obróbki drewna, które zdominowały ten obszar aż do końca XX wieku.

Początkowo kwiatami handlowano w soboty, ale aby umożliwić handel licznym sprzedawcom pochodzenia żydowskiego dzień handlowy przeniesiono na niedzielę. Ta zmiana pozwoliła na to aby kupcy z innych rynków sprzedawali tutaj resztki swoich zapasów z soboty. Zmiana ta wymagała przyjęcie specjalnej ustawy parlamentarnej, ponieważ handel w niedzielę w tym czasie był absolutnie niezgodny z prawem. Sprzedaży kwiatów i ptaków, został wprowadzony przez protestanckich imigrantów Huguenot z Spitalfields i Bethnal Green po ich emigracji z Francji. Targ kwiatowy na Columbia Road ewoluował. Początkowo obsługiwał okolicznych mieszkańców, którzy przy domach mieli małe ogrody. Rośliny były dowożone wózkami z pobliskich ogrodów w Hackney i Islington.
Columbia Road Market rozwijał się jako popularne miejsce handlu kwiatami i roślinami aż do II wojny światowej, kiedy to nastały ciężkie czasy dla handlujących. Przyczyniły się do tego dwa wydarzenia. Po pierwsze, przestano produkować kwiaty w tym czasie, produkcje przestawiono na żywność, a po drugie, w nocy 7 września w 1940 roku wybuch jednej z bomb zrzuconej podczas niemieckich nalotów spowodowała ogromne szkody w okolicy targu.

O powojennej historii Columbia Road można dowiedzieć się z opowieści Georga Gladwell, który handluje kwiatami na tym targu dłużej niż ktokolwiek inny i jest jednym z pierwszych sprzedawców, który był tam w pierwszym dniu targu kwiatowego, zaledwie kilka lat po wojnie. “W lutym 1949 roku w niedzielę o siódmej rano przyjechałem na tą samotną uliczkę w East End, gdzie znajdowało się kilka zabitych deskami sklepów i poszedłem do Cafe Sadie, gdzie można było dostać solidny kubek kakao, kawy lub herbaty, a także grubą kromkę chleba z dodatkami – prawdziwe komfortowe jedzenie. Następnie udałem się na ulicę o godzinie dziewiątej rano, gdzie zauważyłem mężczyznę który przyjechał wozem zaprzęgniętym w konie załadowanym kwiatami, a następnie dojechały ciężarówki także wypełnione roślinami. Zaparkowałem w pobliżu swoją karetkę z 1933 roku przerobioną na samochód dostawczy i przyłączyłem się do nich. W tym dniu było nas raptem trzech. W kolejną niedzielę dojechało wozami jeszcze kilku innych sprzedawców, którzy przyłączyły się do nas. Kilku chłopców przyszło z koszami na ramionach z pęczkami goździków do sprzedaży. Około godziny jedenastej było już około trzydziestu sprzedawców. Więcej przedsiębiorców zaczęło wracać w ciągu kolejnych kilku miesięcy, aż rynek się zapełnił.

Nie było stołów, wózków, towar sprzedawano z ziemi. W tamtych latach asortyment dopasowany był do sezonu. W sezonie w oferta była bardzo bogata a poza sezonem bardzo skąpa, było to naturalne i nikt się tym nie zniechęcał, po prostu trzeba było poczekać do następnej wiosny. Dzień Matki (nie ma stałej daty, ale zawsze wypada w czwartą niedzielę Wielkiego Postu) był początkiem sezonu a Derby Day zakończeniem, a tak jest do dzisiaj. Poważny handel odbywa się pomiędzy tymi dwoma datami i reszta roku jest spokojniejsza. W czerwcu zanika, a wzrasta we wrześniu i wtedy robi się dość tłoczno, aż do Bonfire Night (5 listopad). I od pierwszego tygodnia grudnia zaczyna się wzmożony handel choinkami, ostrokrzewami i jemiołą, a także roślinami doniczkowymi. W latach pięćdziesiątych handel kwiatami na Colambia Road przeżywał kryzys. Wielu ogrodników i szkółkarzy sprzedało swoje działki na działki budowlane, gdyż sprzedaż była zbyt mała i nie byli w stanie związać koniec z końcem.

Mieszkałem w Billericay i tam miałem swoje ogrodnictwo. – kontynuuje swoją opowieść Georga Gladwell – Mój przyjaciel John, nie miał prawa jazdy, więc poprosił mnie o podwożenie go co tydzień w niedzielę na targ na Columbia Road. Moje pierwsze licencjonowane stoisko było naprzeciwko Royal Oak. Przeniosłem się tam w 1958 roku, ponieważ John zmarł i przejąłem je po nim.

Handel kwiatami na rynku odrodził się na początku 1960 roku i od tej pory w każdą niedzielę wypełniał się coraz większą liczbą sprzedających i kupujących z całego Londynu i okolic. Przyczyniła się do tego rosnąca popularność programów ogrodniczych w telewizji, a także zmiana regulaminu zobowiązująca sprzedawców do regularnego handlu na targu, co było warunkiem utrzymania licencji. Rynek nie był tak duży, jak dzisiaj, również rośliny dostępne na targu były inne niż współcześnie. W latach siedemdziesiątych, zaczęto używać plastikowych pojemników i metalowych wózków do transportu i ekspozycji kwiatów. Rosła sprzedaż roślin z importu, wypierająca rodzime produkty. Zakupy na Columbia Road Market to dla wielu klientów rytuał. Przyjeżdżają do w niedzielę rano, spędzają godziny na wędrówce po straganach w poszukiwaniu idealnej rośliny. Mogą porozmawiać z dostawcami, zapytać o o ciekawe rośliny, ponegocjować ceny i zapytać, jak najlepiej je utrzymać. Po wyborze idą do swojego ulubionego pubu w okolicy, i myślą o jego zakupie.

Tłoczno, gwarno, kolorowo – tak wygląda Columbia Road w niedzielne przedpołudnie. Źródło: archiwum autora.

Współcześnie Flower market jest czynny w każdą niedziele roku od godziny 8 do 16, nie ważne czy świeci słońce czy pada deszcz. Jedynym wyjątkiem jest niedziela która wypadnie akurat 25 grudnia – w święto Bożego Narodzenia. Rynek kwiatowy na Columbia Road jest znakomitym przykładem na lokalizację wielu biznesów o podobnym profilu działalności, tworzących miejsce handlu, które swoją specyfiką przyciąga klientów z całego regionu. To miejsce ma swoją kilkusetletnią historię, tradycję, stałych klientów. W międzyczasie były okresy prosperity, były też okresy kryzysu.

Flower market na Columbia Road w latach ’70 ubiegłego wieku. Źródło: spitalfieldslife.com.

Przeciskając się między straganami zewsząd docierają zapachy, obrazy, dźwięki. Ale jeszcze bardziej zaciekawili mnie sprzedawcy, którzy co tydzień w niedzielę handlują tu kwiatami. O każdej porze roku, co tydzień spotykają się, przygotowują swoje stoiska aby czarować klientów. Większość z obecnych sprzedawców to kolejne generacje rodzinnych biznesów kwiatowych.

Carl Grover na swoim stoisku. Źródło: archiwum autora.

Ten zamyślony mężczyzna to Carl Grover, sprzedawca kwiatów – syn ogrodników Micka i Sylvii Grover, którzy od pięćdziesięciu lat sprzedają na Columbia Road wyprodukowane w swoim ogrodnictwie zioła. Carl rozpoczął swoja przygodę z kwiatowym targiem ponad trzydzieści lat temu, początkowo współpracując z wujem Bobem, jego ojcem i wujem Lee. “Chodziłem z ojcem na stary rynek Covent Garden Market kupować kwiaty i nadal czuję zapach frezji z tamtych czasów” – wspomina. “We wschodniej części Londynu jest wiele tętniących życiem miejsc i Columbia Road Market jest jednym z doskonałych przykładów. Klienci targu kwiatowego pochodzą z różnych środowisk, z okolicy i z całego Londynu, a turyści przybywają tu z całego świata. Mogą nie rozmawiać ze sobą na co dzień, ale tu na rynku kwiatowym ludzie przełamują bariery i aktywnie porozumiewają się ze sobą. Rynki są dowodem, że nadal posiadamy sztukę konwersacji, potrafimy wciąż żartować!”

Carl w każdą niedzielę wstaje o pierwszej w nocy, aby zdążyć przygotować swoje stoisko, przed przybyciem pierwszych klientów, którzy z reguły pojawiają się około 7 rano. Niewielu z nich zdaje sobie sprawę, że już w sobotę od rana sprzedawca przygotowuje kwiaty na niedzielę. Późnym wieczorem pakuje kwiaty do swojego busa. Carl jest zadowolony z wyboru branży, pomimo wielu niedogodności: pracy od wczesnych godzin rannych, w pogodę i niepogodę. Lubi przygotowywać kwiaty do sprzedaży. Przypomina, że te stragany na rynku Columbia Road w każdą niedzielę są wynikiem codziennej, ciężkiej pracy ogrodników z całego świata.

Widząc upadek rynku Covent Garden, Carl rozumie potrzebę ochrony Columbia Road i tradycji budowanej przez pokolenia. “Widzieliśmy inne utracone miejsca o wspaniałej atmosferze,” wyznaje swoją troskę o przyszłość rynku. Carl Grover jest czwartym pokoleniem sprzedawców kwiatów, wciela się w tą rolę z całego serca. Pełen energii i uroku, wylewny, przekształca swoją działalność w charyzmatyczny teatr uliczny. Carl ma zaszczyt być częścią tradycji londyńskich sprzedawców kwiatów, jak wyjaśnił: “Z biegiem lat, od kiedy zacząłem działać na rynku, byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem pracować ze wspaniałymi ludźmi, z których wielu już niestety nie ma między nami. To czego nauczyłem się od tych ludzi, wzbogaciło moje życie.”

Denis Madden na swoim stoisku. Źródło: archiwum autora.

Kolejne stoisko, które odwiedziłem to miejsce pracy Denisa Madden. „Jestem tu od czterdziestu lat, od czasu kiedy w wieku siedemnastu lat poznałem dziewczynę, która była trzecią generacją tutejszych sprzedawców kwiatów. Jej rodzina handluje na tym targu od lat trzydziestych ubiegłego wieku, wtedy jeszcze dowozili kwiaty z Hoxton wozem zaprzęgniętym w konie. W młodości byłem piłkarzem, ale ojciec mojej dziewczyny zaproponował mi pracę na ich stoisku i w ten sposób naturalnie wtopiłem się w to środowisko. Sprzedaż na rynku jest bardzo specyficzna, okrzykami trzeba zachęcać klientów do zakupu. Lubię rozmawiać z ludźmi, więc z łatwością nauczyłem się aktywnie sprzedawać kwiaty, pewnie dlatego otrzymałem ofertę tej pracy.”

Denis wyrusza co niedzielę z Hertfordshire o godzinie 3:30. “O 16:30 będę już zmęczony, cały dzień na nogach to bardzo wyczerpujące”. Jego wytrzymałość jest godna podziwu, ponieważ handel na Columbia Road jest jedną z trzech jego działalności. W każdy piątek Denis sprzedaje kwiaty w Uppingham w Rutland a w sobotę w Saffron Walden. Dodatkowo dwa dni w tygodniu przeznacza na zakup i przygotowywania towaru do handlu. Jednak Denis jest pełen humoru i energii, tym bardziej, że kolejna zima za nim. “Nauczyłem się tolerować zimno, nie straszna mi zła pogoda w zimie, jak i wysokie temperatury w lecie. Jedynym problemem to niekorzystny wpływ skrajnych temperatur na kwiaty, a przecież handel odbywa się na ulicy.” – wyjaśnia w kategoriach czysto praktycznych. “Jestem już na emeryturze. Pewnego dnia zapakowałem się i wyjechałem do Francji, ale ciągle myślami wracałem do mojego ulubionego zajęcia … Co mogłem zrobić? Wróciłem, rynek jest moim życiem i nie zamierzam z niego rezygnować.”

Kenny Cramer to sprzedawca kwiatów z tradycjami od trzech pokoleń. “To jest rodzinny biznes. Handel kwiatami rozpoczął mój dziadek Bill, pomagał mu mój ojciec Ron, a teraz działam ja. Jesteśmy tu, od lat ’60 ubiegłego wieku, kiedy handel kwiatami na rynku zaczął się odradzać. Pierwszy raz przyjechałem tu, gdy miałem sześć lat, to nie było to, co jest teraz, wtedy było tylko dwanaście stoisk. Po ukończeniu szkoły, gdy miałem siedemnaście lat rozpocząłem tu pracę z moim tatą. W tygodniu prowadziliśmy kwiaciarnię na Lodge Avenue i jedyny dzień wolny miałem we wtorek i tylko wtedy gdy nie było w tym czasie zleceń weselnych lub pogrzebowych.”

Kenny Cramer na swoim stoisku. Źródło: archiwum autora.

Stuart Crump na swoim stoisku. Źródło: archiwum autora.

Najgłośniejszy na rynku jest Stuart Crump, jego humorystyczne okrzyki przyciągają uwagę klientów. Jest sprzedawcą stosunkowo nowym na rynku, Stuart rozpoczął swoja przygodę z kwiatami na Columbia Road przed dziesięcioma laty i pracował tu z przerwami. “Moja mama była wykładowcą florystyki na uczelni w Southwark,” – opowiada dumnie. “Więc kiedy opuściłem szkołę w 1994 roku to otworzyłem kwiaciarnię w Tottenham, a potem na Edgware Road.” Stuart w każdy wtorek leci do Holandii, gdzie spędza dwa dni każdego tygodnia i kupuje na tamtejszych giełdach rośliny na niedzielę. W tym tygodniu, Stuart miał znakomity wybór storczyków w konkurencyjnych cenach. Jestem przekonany, że cena w przypadku jego klientów nie ma wielkiego wpływu na decyzję zakupu. Stuart potrafi sprzedać wszystko i w każdej cenie, jeszcze nie kończy obsługiwać jednego klienta, a już prowadzi rozmowy z kolejnymi.

Na tym rynku kwiatowym, każdy znajdzie coś dla siebie. Ciężko oprzeć się zachętom sprzedawców. Źródło: archiwum autora.

Widząc jak bogaty asortyment roślin oferowany jest na rynku, jak znakomicie sprzedawcy zachęcają do zakupu, nie można się dziwić, że każdy odwiedzający w niedzielne przedpołudnie szybko staje się klientem. Każdy z odwiedzających targ znajdzie tutaj coś dla siebie, jedni odchodzą stąd z ciekawą rośliną do swojego ogrodu inni z naręczem ulubionych ciętych kwiatów. Jest to miejsce na którym wciąż żywa jest umiejętność głośnego zachęcania do zakupów. Sprzedawcy przekrzykują się między sobą informując o coraz ciekawszych i śmieszniejszych ofertach. Obserwując aktywną sprzedaż uzmysłowiłem sobie – jak smutne są nasze giełdy kwiatowe w porównaniu z tym londyńskim targiem. Jeżeli tylko sprzedawcy kwiatów odważyli by się i uaktywnili swoje działanie, wykorzystując techniki londyńskich kolegów po fachu to jestem przekonany, że tym działaniem zwiększyli by swoje obroty kilkakrotnie, a handel na polskich giełdach by trochę ożył.

Rynek kwiatowy w Londynie jest bardzo dynamiczny, transakcje zawierane są co chwilę. Źródło: archiwum autora.

Tutaj w Londynie na żywo można przejść praktyczną lekcję ekspozycji kwiatów, kompozycji kolorów, sposobu oznakowania asortymentu, pomysłów marketingowych a przede wszystkim lekcję obsługi klienta. Dla mnie największą atrakcją były przekrzykiwania sprzedawców. Na co dzień ten sposób reklamy jest niespotykany na naszym rynku kwiatowym, jestem przekonany, że warto byłoby zastosować tą zapomnianą formę promocji przez sprzedawców na naszych giełdach kwiatowych.

Pięknie wyeksponowane kwiaty czarują klientów. Źródło: archiwum autora.

Wizyta na niedzielnym targu kwiatowym daje nowe spojrzenie na branżę kwiatową i może nauczyć wiele ciekawych umiejętności – sprzedaż bezpośrednią, ekspozycję kwiatów, oznakowanie towarów, krótkie komunikaty promocyjne (pisane i mówione). Uważam, że jest to miejsce warte zobaczenia podczas pobytu w Londynie!

W przewodniku turystycznym po Londynie przeczytałem, że w każdą niedzielę to ciche miejsce zakwita, gdyż zamienia się w tętniący życiem targ kwiatów. Uliczka wypełnia się setką stłoczonych stoisk z roślinami z całego świata, między którymi przeciskają się klienci i turyści. Można tu wtedy kupić kwiaty cięte, rośliny doniczkowe, krzewy i inne ogrodnicze specjały. Sprzedawcy mają w ofercie wszystko co może zaspokoić angielską obsesję – ogrodnictwo.
Bardzo łatwo tam trafić, można dojechać metrem do stacji Hoxton, lub jeszcze lepiej londyńskim czerwonym autobusem jadącym w kierunku ulicy Hackney Road. Wysiadając z busa od razu wiadomo, w którym kierunku trzeba iść, widać to po szczęśliwych klientach wracających z targu z pakunkami kwiatów. Najbliższa okolica Columbia Street przypomina trochę okolice giełd kwiatowych: samochody dostawcze, wózki transportowe, pojemniki, kartony. Już tutaj handlowy ruch rzuca się w oczy: załadunek, rozładunek, dostawy kwiatów do stoisk, czuć klimat handlu kwiatami. Zbliżając się do celu mojego niedzielnego przedpołudniowego spaceru po Londynie, najpierw usłyszałem pokrzykiwania handlowców, później bogatą paletę barw a będąc bezpośrednio przy stoiskach poczułem urzekający zapach wszechobecnych kwiatów. To znak, że dotarłem do celu.

Mijając klientów z pakunkami kwiatów, mamy pewność, że idziemy w dobrym kierunku. Źródło: archiwum autora.

O Autorze

Andrzej Dąbrowski

Facebook Twitter Google+

Andrzej Dąbrowski – magister ekonomii. Urodził się, mieszka i pracuje w Bolesławcu. Wżenił się w biznes florystyczny w 1994 roku i w związku tym pozostał do dzisiaj. W międzyczasie ukończył Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu w zakresie zarządzanie przedsiębiorstwem. Działalność w branży kwiatowej zaczynał od prowadzenia kwiaciarni , rozwijając firmę do sieci kilku kwiaciarni (Bukieciarz, Amazonia, Kwieciarnia). W między czasie rozwinął sprzedaż hurtową i import pod marką Kwiatostan. Kolejnym etapem rozwoju w branży było stworzenie ośrodka szkoleniowego Akademia Florysty i pracowni florystycznej Party Flowers. Wszystkie stworzone marki to obecnie gotowe koncepty franczyzowe, które mają za zadanie ułatwić rozwój lub rozpoczęcie biznesu w branży florystycznej. Zajmuje się praktycznym zastosowaniem wiedzy z zakresu zarządzania przedsiębiorstwem florystycznym. Obecnie świadczy usługi doradcze i szkoleniowe dla firm z branży kwiatowej w oparciu o szeroką, praktyczną i teoretyczną wiedzę z zakresu zarządzania przedsiębiorstwem, zdobytą podczas dwudziestopięcioletniej działalności w biznesie florystycznym. Swoją pasją, wiedzą i doświadczeniem chętnie dzieli się pisząc artykuły o biznesie florystycznym publikowane na forumkwiatowe.pl, w czasopiśmie NDiO - Flora i Florysta.

Komentarze(y) 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.