Od Barcelony do Kwiatomatu. Sylwia Bednarek o florystyce, biznesie i odwadze do zmian
Są w branży florystycznej osoby, które poznajemy przy okazji jednego wydarzenia, szkolenia czy projektu. Są też znajomości, które trwają latami i pozwalają obserwować, jak zmienia się człowiek, jego sposób myślenia, biznes, a wraz z nim cała branża.
Z Sylwią Bednarek znamy się od 2007 roku. Barcelona. 25-lecie Euroflorist. Pokazy Gregora Lerscha i Klausa Wagenera. Dla Sylwii był to jeden z pierwszych tak dużych międzynarodowych kontaktów ze światem florystyki na najwyższym poziomie.
Od tamtego czasu wydarzyło się bardzo dużo. Własna kwiaciarnia, kolejne etapy edukacji, egzamin mistrzowski, praca dydaktyczna na SGGW, projekty dla kwartalnika „Bukiety”, pokazy florystyczne w Polsce i za granicą oraz możliwość pracy na jednej scenie z uznanymi międzynarodowymi mistrzami florystyki.
Ale Sylwia Bednarek to nie tylko florystka. To również przedsiębiorczyni, która od lat prowadzi własny biznes i doskonale rozumie, że za piękną kompozycją muszą stać również koszty, organizacja, odpowiedzialność, właściwa cena i zysk. I właśnie dlatego szczególnie zainteresowała mnie jej droga do Kwiatomatu.
Bo decyzja nie przyszła natychmiast. Było zainteresowanie. Były nasze rozmowy. Były wątpliwości. Wreszcie pojawiła się możliwość udziału w pilotażowym projekcie na stacji ORLEN w Warszawie.
Dziś Sylwia może już skonfrontować wcześniejsze wyobrażenia z praktyką. Porozmawialiśmy więc nie tylko o Kwiatomacie. O florystyce, przedsiębiorczości, jakości, ryzyku, nowych sposobach sprzedaży i o tym, czy Mistrzyni Florystyki może zmieścić swoją kreatywność w jednej komorze automatu.
Barcelona 2007 – tam zaczęła się nasza znajomość
Sylwia, pamiętasz moment, kiedy się poznaliśmy? Barcelona, 2007 rok, 25-lecie Euroflorist. Na jakim etapie swojej zawodowej drogi wtedy byłaś?
Bardzo dobrze pamiętam ten czas. W 2007 roku moja kwiaciarnia miała dopiero dwa lata. Byłam już po ukończonych studiach podyplomowych na SGGW – Florystyka, Sztuka Układania Kwiatów. Florystyka stała się wtedy moim pomysłem na życie. Nie była już tylko pracą – stała się pasją, sposobem na życie i moim zawodem. Byłam spragniona wiedzy, nowych doświadczeń i inspiracji. Chciałam nieustannie się uczyć, podglądać innych, doświadczać i szukać własnej drogi.
Bardzo dużo dała mi szkoła florystyczna, a później właśnie Barcelona. Odbył się tam pokaz Gregora Lerscha i Klausa Wagenera. Pierwszy raz uczestniczyłam w tak spektakularnym wydarzeniu florystycznym i było to doświadczenie, które wywarło ogromny wpływ na moją dalszą drogę. Szkoła dała mi wiedzę i umiejętności, ale również otworzyła mi drzwi do świata polskiej florystyki. Z kolei pobyt w Barcelonie przyniósł mnóstwo inspiracji, ciekawych znajomości i doświadczeń, które zostały ze mną do dzisiaj.
Praca w kwiaciarni, która miała być tylko pracą
A jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z florystyką?
Trochę przypadkiem. Dostałam propozycję pracy w kwiaciarni i przyjęłam ją właściwie tylko dlatego, że w tamtym momencie potrzebowałam pracy i zatrudnienia. Po miesiącu pracy z kwiatami wiedziałam jednak, że już ich z ręki nie wypuszczę. Poczułam, że to jest moja życiowa droga.
W ciągu dwóch lat ukończyłam szkołę florystyczną na poziomie florysty i otworzyłam własną kwiaciarnię. Edukacja otworzyła mi oczy na florystykę. Zmieniła sposób, w jaki patrzyłam na rośliny, formę i kompozycję, a przede wszystkim nauczyła mnie rzemiosła.
Ludzie i wydarzenia, które budują florystę
Gdybyś miała wskazać najważniejsze momenty swojej florystycznej kariery, co znalazłoby się na tej liście?
Przede wszystkim szkoły florystyczne i ludzie, z którymi miałam możliwość pracować. Ogromne znaczenie miała możliwość uczenia się od wybitnych florystów – Marioli Miklaszewskiej, śp. Agnieszki Sokołowskiej, a także warsztaty i spotkania z Gregorem Lerschem. Poznałam wielu niesamowitych florystów, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt i przyjacielskie relacje.
W kolejnych latach sama zaczęłam wykładać na SGGW. Ucząc teorii florystyki i prowadząc zajęcia praktyczne na studiach podyplomowych, odkrywałam kolejne obszary tej dziedziny. Uczenie innych również bardzo rozwija.
Moim pierwszym dużym sukcesem było wyróżnienie i pierwsze miejsce na praktycznym egzaminie dyplomowym na SGGW. Zaraz później otworzyłam własną kwiaciarnię. Kolejnym ważnym etapem było drugie miejsce na egzaminie mistrzowskim w Akademii Marioli Miklaszewskiej.
Duży wpływ na mój rozwój miały również projekty przygotowywane i realizowane dla kwartalnika „Bukiety”.
Bardzo ważnym wydarzeniem był wyjazd do Moskwy na mój pierwszy zagraniczny pokaz florystyczny.
Jednym z największych wyróżnień zawodowych była natomiast możliwość pracy na scenie z międzynarodowymi mistrzami florystyki, takimi jak Tomasz Max Kuczyński, Frédéric Dupré, Gábor Nagy, Natalia Zhizhko, Přemysl Hytych czy Sergey Karpunin.
A Twoi najważniejsi florystyczni mentorzy?
Mariola Miklaszewska i Gregor Lersch.
Rzemiosło, wiedza, inspiracja – to chyba trzy słowa, które najlepiej opisują to, co od nich dostałam.
Dobry florysta nie zawsze oznacza dobrego przedsiębiorcę
Sylwię znam jednak nie tylko jako florystkę i edukatorkę. Przez lata miałem możliwość obserwować ją również jako przedsiębiorczynię. I jest to ważny wątek tej rozmowy, ponieważ w naszej branży umiejętności artystyczne i biznesowe nie zawsze idą ze sobą w parze.
Ty zawsze miałaś takie biznesowe podejście czy musiałaś się go nauczyć?
Najpierw było twórcze podejście do pracy i chęć przekazywania dobrej florystyki, estetyki w kompozycjach, a wraz z nimi pozytywnych emocji.
Wiedzę biznesową zdobywałam na studiach na kierunku Zarządzanie i Marketing, a później każdego dnia przekładałam ją na praktykę we własnej firmie. W prowadzeniu biznesu bardzo pomagał mi również mój mąż.
Własna firma nauczyła mnie przede wszystkim tego, że za każdą twórczą pracą stoi biznes.
A więc decyzje, odpowiedzialność, planowanie i umiejętność budowania marki.
Czy piękna florystyka wystarczy?
Co jest dziś większym problemem naszej branży – brak umiejętności florystycznych czy biznesowych?
Dobra florystyka zawsze się obroni.
Można mieć bardzo wysokie umiejętności biznesowe, ale one nie wystarczą, żeby osiągnąć sukces w naszej branży, jeśli zabraknie umiejętności florystycznych.
Podstawą musi być dobry produkt i rzemiosło. Dopiero na tym fundamencie możemy budować dobrze działający biznes.
Czy można więc być znakomitym florystą, mieć klientów, dużo pracować, robić piękne realizacje i jednocześnie prowadzić nierentowny biznes?
Oczywiście, że tak.
Wystarczy zaniżać wartość swojej pracy i sprzedawanego towaru do poziomu, który nie pokrywa rzeczywistych kosztów prowadzenia działalności.
Można mieć bardzo dużo pracy i wcale na tej pracy dobrze nie zarabiać.
I właśnie dlatego samo tworzenie pięknych rzeczy nie wystarczy. Trzeba jeszcze wiedzieć, ile kosztuje ich wykonanie i jaką cenę powinien zapłacić klient, żeby firma mogła normalnie funkcjonować i się rozwijać.
Nagle pojawił się Kwiatomat
Od kiedy właściwie myślałaś o Kwiatomacie?
Myślałam o nim mniej więcej od roku przed rozpoczęciem projektu.
Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że Kwiatomat może być dla mnie dodatkowym kanałem sprzedaży.
Oczywiście nic nie zastąpi sprzedaży bezpośredniej, kiedy możemy spotkać się z klientem, porozmawiać z nim i precyzyjnie odpowiedzieć na jego potrzeby.
W Kwiatomacie sytuacja jest inna. Dajemy klientowi konkretne, gotowe propozycje bukietów i musimy liczyć się z tym, że nie każda z nich idealnie trafi w jego oczekiwania.
Decyzję odkładałam między innymi ze względu na ilość czasu, który trzeba poświęcić na formalności związane z uruchomieniem Kwiatomatu, ale również ze względu na sam wybór miejsca.
„Chcę, ale czy będę miała na to czas?”
Pamiętam naszą rozmowę podczas premiery książki „Kwiaty – biologia, kompozycja, kultura”. Wtedy znowu wróciliśmy do Kwiatomatu. Co Cię jeszcze powstrzymywało?
Jedną z moich największych obaw było związanie się z kolejnym punktem sprzedaży i wynikający z tego brak czasu.
Zastanawiałam się, czy kolejny punkt nie spowoduje, że będę jeszcze bardziej związana z firmą.
Dzisiaj widzę, że w dużej mierze jest to kwestia dobrej organizacji zadań i logistyki.
Telefon w idealnym momencie
Niedługo później wydarzyło się coś, czego wcześniej nie planowaliśmy.
Kiedy zostałem poproszony o szybką rekomendację florysty do pilotażowego projektu Kwiatomatu na stacji ORLEN w Warszawie, od razu pomyślałem o Sylwii.
Pamiętałem nasze wcześniejsze rozmowy. Zadzwoniłem.
Pamiętasz swoją reakcję?
Tak. I dziękuję Ci za tę propozycję.
Powiedziałam wtedy, że zadzwoniłeś w idealnym momencie. Czułam, że właśnie teraz jest czas, żeby wejść we współpracę z Eldrut – producentem Kwiatomatów – oraz ORLEN-em i rozpocząć przygodę z pierwszym Kwiatomatem.
Najpierw sprawdzam, później podejmuję kolejne decyzje
W pilotażu zdecydowałaś się na wynajem Kwiatomatu. Czy możliwość przetestowania tego modelu bez konieczności kupowania od razu własnego urządzenia miała dla Ciebie znaczenie?
Zdecydowanie.
Możliwość wejścia w pilotaż i przetestowania Kwiatomatu w praktyce bez konieczności ponoszenia od razu kosztu zakupu własnego urządzenia była dla mnie bardzo ważna.
Dzięki temu mogłam sprawdzić, jak taki model funkcjonuje w moim biznesie, jak reagują klienci i jakie rozwiązania najlepiej odpowiadają ich potrzebom.
Uważam, że to bezpieczne i bardzo praktyczne podejście: najpierw doświadczenie i obserwacja, a dopiero później decyzje dotyczące dalszego rozwoju.
Czego bała się doświadczona przedsiębiorczyni?
Jakie miałaś obawy przed uruchomieniem Kwiatomatu na ORLEN-ie?
Przede wszystkim obawiałam się braku zainteresowania klientów bukietami sprzedawanymi w taki sposób. To była jednak dla mnie nowa forma sprzedaży.
Drugą obawą było uzależnienie czasowe – konieczność stałego dbania o Kwiatomat i jego uzupełniania.
To były dwie rzeczy, które chciałam zweryfikować w praktyce: czy klient zaakceptuje taki sposób zakupu i ile rzeczywiście czasu oraz zaangażowania będzie wymagała ode mnie obsługa kolejnego punktu.
Kwiatomat pod lupą Mistrzyni Florystyki
Co najbardziej zaskoczyło Cię po rozpoczęciu projektu?
Jestem bardzo zadowolona z jakości samego urządzenia – zarówno pod względem wyglądu, jak i codziennego funkcjonowania. Dopiero kiedy zaczyna się z Kwiatomatem rzeczywiście pracować, można ocenić, jak ważne są rozwiązania, które z jednej strony ułatwiają pracę florysty, a z drugiej pomagają dobrze zaprezentować jego produkt.
Bardzo podoba mi się sposób ekspozycji bukietów. Podświetlenie i możliwość indywidualnego zaprezentowania każdej kompozycji.
To dla mnie szczególnie ważne, ponieważ od początku zależało mi na jednej rzeczy: klient kupujący bukiet z Kwiatomatu powinien otrzymać dokładnie taką samą jakość i estetykę jak klient mojej kwiaciarni.
Dlatego bardzo dużą wagę przykładam do świeżości kwiatów, odpowiedniego doboru gatunków, trwałości kompozycji i oczywiście wyglądu. Bukiet ma być gotowy do wręczenia, ale jednocześnie powinien zachować charakter autorskiej kompozycji.
Kwiatomat daje klientowi wygodę i dostępność 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, ale ta wygoda nigdy nie może odbywać się kosztem jakości. To zasada, która przyświeca mi od początku tego projektu.
Klient potrafi zaskoczyć
Co wybierają klienci? Czy ich decyzje są zgodne z tym, czego spodziewała się doświadczona florystka?
Klienci wybierają zarówno bukiety polne, bardziej swobodne, jak i te eleganckie.
W Kwiatomacie bardzo dobrze sprawdza się różnorodność.
Sprzedają się bukiety kolorowe, ale również spokojne i stonowane. Sprzedają się kompozycje w różnych przedziałach cenowych.
Przy Kwiatomacie dziewięciokomorowym zdecydowałam się na trzy kategorie cenowe. Dzięki temu klient ma wybór nie tylko stylistyczny, ale również cenowy.
Ciekawą obserwacją jest też pora sprzedaży.
Duża część sprzedaży odbywa się w nocy.
I właśnie w takich momentach najlepiej widać sens dodatkowego kanału sprzedaży. Tradycyjna kwiaciarnia jest zamknięta, a potrzeba zakupu kwiatów przecież nie znika.
Czy Mistrzyni Florystyki mieści się w jednej komorze?
Czy Kwiatomat ogranicza kreatywność florysty?
I tak, i nie.
Oczywiście ogranicza nas przestrzeń przeznaczona na jedną kompozycję. Mamy konkretny wymiar komory i musimy się w nim zmieścić.
Ale można spojrzeć na to również odwrotnie – takie ograniczenie rozwija kreatywność.
Trzeba stworzyć kompozycję, która zmieści się w określonych wymiarach, będzie bezpieczna, a jednocześnie bardzo dobrze zaprezentuje się klientowi.
Nie lubię powtarzalności. Uważam, że jest nudna.
Powinniśmy cały czas próbować zaskakiwać klienta – czasami prostotą kompozycji, a czasami czymś zdecydowanie bardziej szalonym.
Kwiatomat nie musi więc oznaczać dziewięciu podobnych bukietów. Nadal możemy pokazywać w nim własny styl i własne rozumienie florystyki.
Jakość i lokalizacja
Spójrzmy na Kwiatomat nie oczami florystki, ale przedsiębiorczyni. Co musi się zgadzać, żeby taki punkt miał biznesowy sens?
Dla mnie najważniejsze są trzy rzeczy: jakość, lokalizacja i zaangażowanie.
Możemy mieć świetny produkt, ale niewłaściwie dobrana lokalizacja ograniczy jego potencjał. Z drugiej strony nawet najlepsze miejsce nie pomoże na dłuższą metę, jeśli klient nie będzie zadowolony z jakości tego, co kupił.
Trzeci element to zaangażowanie. Kwiatomat wymaga dobrej organizacji pracy, systematycznej obserwacji sprzedaży i reagowania na popyt. Trzeba wiedzieć, kiedy zwiększyć zatowarowanie, jakie kompozycje przygotować, w jakich cenach i jak szybko uzupełnić sprzedane bukiety. Pusta komora nie zarabia, dlatego jeśli widzimy, że w danym momencie sprzedaż rośnie, musimy umieć na nią odpowiedzieć.
Kwiatomat nie jest więc tylko urządzeniem ustawionym w dobrej lokalizacji. Za jego sukcesem cały czas stoi florysta i dobrze zorganizowany biznes.
Jakość sprawia, że klient chce wrócić. Lokalizacja powoduje, że może nas znaleźć. A zaangażowanie sprawia, że kiedy chce kupić – ma co kupić.
Te trzy elementy muszą iść ze sobą w parze.
Czy Kwiatomat jest biznesem pasywnym?
Czasami można spotkać się z takim wyobrażeniem: postawię automat, włożę bukiety i urządzenie będzie na mnie zarabiało. Tak to wygląda?
Zdecydowanie nie. Kwiatomat wymaga cały czas pracy i zaangażowania.
Trzeba przygotować ofertę, zadbać o jakość, zatowarowanie i świeżość produktów. Trzeba obserwować sprzedaż, uzupełniać komory i reagować na zachowania klientów.
Automatyzujemy moment zakupu, ale nie automatyzujemy całej pracy florysty znajdującej się za tym produktem.
To zdecydowanie nie jest biznes pasywny.
„Warto ryzykować”
Czego jako przedsiębiorczyni nauczyłaś się dzięki temu projektowi?
Przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że warto ryzykować i nie bać się szukać nowych kanałów sprzedaży.
Prowadzenie firmy wymaga otwartości na zmiany.
Nie oznacza to oczywiście, że każdą decyzję trzeba podejmować bez zastanowienia. Sama długo analizowałam Kwiatomat, a możliwość udziału w pilotażu pozwoliła mi najpierw sprawdzić ten model w praktyce.
Ale nie możemy też pozwolić, żeby sam strach przed czymś nowym blokował rozwój.
Jeden Kwiatomat czy początek większej zmiany?
Myślisz już o kolejnych lokalizacjach? O własnych Kwiatomatach?
Rozważam. Ale wszystko w swoim czasie.
Każdy nowy punkt to nie tylko możliwość zwiększenia sprzedaży. To również konieczność zatrudnienia florystów, kolejne wyzwania logistyczne i ryzyko związane z wyborem niewłaściwej lokalizacji.
Dlatego do dalszego rozwoju chcę podchodzić rozsądnie.
Kolejny punkt musi być nie tylko atrakcyjną możliwością sprzedażową. Trzeba być również organizacyjnie przygotowanym na jego obsługę i mieć pewność, że rozwój nie odbędzie się kosztem jakości.
Kwiatomat jako pierwsze spotkanie z marką
Co powiedziałabyś florystom, którzy dzisiaj znajdują się w podobnym miejscu jak Ty wcześniej – myślą o Kwiatomacie, analizują, ale ciągle odkładają decyzję?
Jeżeli masz już swoją markę na lokalnym rynku, dobrą jakość produktów, odpowiednie umiejętności oraz zadowolonych i powracających klientów, warto rozważyć próbę uruchomienia własnego Kwiatomatu.
Nowy punkt oznacza również nowych klientów, którzy właśnie dzięki niemu mogą po raz pierwszy poznać Twoją markę.
I dlatego tak ogromne znaczenie ma jakość kompozycji znajdujących się w Kwiatomacie.
Spotykamy się czasami z opinią, że kwiaty w Kwiatomacie nie są tak dobrej jakości jak te sprzedawane w kwiaciarni.
A my możemy to zmienić.
Kwiatomat nie powinien być miejscem dla produktu gorszej jakości. Przeciwnie – dla klienta, który wcześniej nas nie znał, bukiet kupiony w Kwiatomacie może być pierwszym kontaktem z naszą marką.
I od jakości tego pierwszego spotkania może zależeć, czy klient do nas wróci.
Florystyka się zmienia. Klient również.
Kiedy w 2007 roku spotkaliśmy się z Sylwią w Barcelonie, Kwiatomaty nie były tematem naszych rozmów. Sylwia prowadziła od dwóch lat kwiaciarnię, chłonęła wiedzę, szukała inspiracji i budowała swoją drogę zawodową.
Prawie dwie dekady później nadal robi właściwie to samo. Uczy się. Obserwuje. Sprawdza. Wyciąga wnioski. Zmieniły się tylko narzędzia i skala doświadczeń.
I być może właśnie to jest najciekawszym wnioskiem z naszej rozmowy.
Innowacyjność nie oznacza bezkrytycznego rzucania się na każdą nowość. Sylwia długo zastanawiała się nad Kwiatomatem. Miała wątpliwości dotyczące czasu, organizacji, lokalizacji i reakcji klientów. Kiedy pojawiła się możliwość pilotażu, potraktowała ją jak przedsiębiorca – jako okazję do sprawdzenia modelu przed kolejnymi decyzjami.
Jednocześnie nie pozwoliła, aby technologia zmieniła fundament tego, na czym od lat buduje swoją markę.
Jakość.
Bo automat może zmienić miejsce, godzinę i sposób dokonania zakupu. Nie powinien jednak zmieniać odpowiedzi na pytanie, co klient otrzymuje od florysty.
I chyba właśnie dlatego jedno krótkie zdanie Sylwii najlepiej podsumowuje całą tę rozmowę:
„Spotykamy się z opiniami, że w Kwiatomacie kwiaty nie są tak dobrej jakości jak w kwiaciarni. A my możemy to zmienić.”
🌸 Bądź innowacyjny. Rozwijaj swój biznes florystyczny. Szukaj nowych kanałów sprzedaży – ale rób to świadomie. 🌸
