Praca. To moje życie!
To zdanie właściciele kwiaciarni wypowiadają bez wahania. I trudno się dziwić – spędzamy w kwiaciarni większość życia. Tu spotykamy się z ludźmi, tu budujemy relacje, tu błyszczymy w naszym florystycznym świecie. Tu czujemy się spełnieni. To fakt.
Tylko… czy to dobrze, czy źle?
Ten felieton jest właśnie o tym – o jasnych i ciemnych stronach podejścia: kwiaciarnia to całe moje życie.

Kiedy praca jest życiem – ta piękniejsza strona medalu
Właściciele kwiaciarni należą do nielicznej grupy szczęściarzy, którzy naprawdę robią to, co kochają. Florystyka jest jak powietrze – wciąga, inspiruje, daje energię. Dzień zaczyna się wcześnie, ale zaczyna się pięknie: zapachem kwiatów, kolorem, twórczą pracą rąk.
Kwiaciarnia jest czymś więcej niż sklepem – jest punktem życia społecznego. Ludzie wchodzą nie tylko po kwiaty, ale po emocje. Po rozmowę, pocieszenie, radę. Relacje są tu ważniejsze niż transakcje, a dla florysty to ogromna satysfakcja, że jest częścią czyjejś historii: ślubu, narodzin, przeprosin, pożegnania.
To daje poczucie sensu.
Poczucie bycia potrzebnym.
I tę dumę, kiedy każdy bukiet staje się małym dziełem sztuki.
Właściciele kwiaciarni błyszczą – czasem nie na salonach, tylko między wazonami z kwiatami. Ale błyszczą prawdziwie. Bo robią coś unikalnego, twórczego, własnego.
I to jest piękne.
wsparcieflorystow #felieton #życieflorysty #DzieńKobiet #TomaszMaxKuczyński #mistrzświata #kwiaciarnia #pracaipasje #florystykanasercu #blogflorystyczny #inspiracjeflorystyczne

Ale jest też druga strona… ta, o której głośno się nie mówi
Kiedy praca staje się życiem, bardzo łatwo… zgubić życie poza pracą.
Zjawisko znane z rozmów z florystami wygląda podobnie:
- “W sobotę nie mogę, praca.”
- “W święta? Jakie święta, to najcięższy okres.”
- “Wypoczynek? Może po sezonie… jeśli nie będzie pogrzebów.”
W wielu kwiaciarniach – zwłaszcza w małych miejscowościach – biznes opiera się w całości na jednym właścicielu. To on wszystko robi: zamawia towar, tworzy bukiety, prowadzi social media, rozmawia z klientami, rozlicza faktury.
A klienci mają oczekiwania. Chcą elastycznych godzin otwarcia, chcą, żeby kwiaciarnia była zawsze „na miejscu”. Chcą dostępności – bo przecież „pani i tak tu jest cały dzień”.
W efekcie właściciel kwiaciarni bywa zmęczony, przeciążony, samotny w swoim biznesie. Nie ma czasu się rozwinąć, odetchnąć, złapać dystansu. Nie ma dnia wolnego. Często nie ma też realnej granicy między pracą a domem.
I to już nie jest romantyczna pasja.
To pułapka.


Dlaczego tak się dzieje?
Bo florystyka ma w sobie coś uzależniającego.
Bo w mniejszych miejscowościach kwiaciarnia w dużej mierze zależy od właściciela, a liczba klientów jest stała .
Bo relacje są tak silne, że trudno odmówić komuś bukietu „po godzinach”.
Bo wydarzenia lokalne, święta i sezony dyktują rytm roku .
Bo florysta wie, że jeśli on nie zrobi, nikt nie zrobi.
A na końcu – bo praca staje się tożsamością. Czasem w zbyt dużym stopniu.
Między pasją a rozsądkiem – złoty środek istnieje
Największym wyzwaniem florysty prowadzącego własną kwiaciarnię jest nauczyć się jednego:
praca to część życia, ale nie całe życie.
Pasja jest wspaniała, dopóki nas niesie, a nie wyczerpuje.
Kwiaciarnia może być miejscem, gdzie błyszczysz – ale nie jedynym miejscem, gdzie istniejesz.
Dobrym florystą jest ten, kto potrafi pięknie pracować.
Dobrym przedsiębiorcą – ten, kto potrafi także odpoczywać.

Czas na puentę
Tak, w kwiaciarni spędzamy większość życia.
Tak, to miejsce, gdzie tworzymy relacje, piękno i emocje.
Tak, to praca, która daje radość, spełnienie i poczucie sensu.
Ale… niech będzie to praca dla nas, a nie praca, która nas pożera.
Niech kwiaciarnia będzie częścią życia, a nie zastępstwem życia.
Bo florystyka jest piękna.
Ale jeszcze piękniejsze jest życie florysty, który ma czas, siły i przestrzeń, żeby naprawdę się nim cieszyć. 🌸

